W magazynie „Kontynenty” | Rodzina bez granic


Rodzina Bez Granic

 podróżującarodzina

wiadomości

Likes

W magazynie „Kontynenty”

Kontynenty Magazina, Belize - Anna Alboth

Kontynenty Magazina, Belize - Anna Alboth

Magazyn Kontynenty „oswaja granice, oswaja świat”, jak napisał w edytorialu ostatniego wydania redaktor naczelny Dariusz Fedor. Bardzo to jest fajny magazyn, stosunkowo nowy na rynku, niestety wydawany tylko co trzy miesiące. Ale za to ma 160 stron, no i reportersko-podróżnicze opowieści  i zdjęcia na najlepszym w Polsce poziomie.

Są teksty Jagielskiego, Hugo-Badera, Stasiuka, a nad wszystkim unosi się duch Kapuścińskiego. Magazyn jest pięknie złożony przez Andrzeja Przygodzkiego i przez chwilę nie mogłam się zdecydować czy bardziej lubię go czytać czy oglądać.

Tym bardziej cieszę się ogromnie, że w ostatnim wydaniu znalazł się mój tekst i zdjęcia Toma o naszym szaro-buro-kolorowym czasie w maleńkim Belize. Serdecznie zapraszam do kiosków, a tutaj wrzucam tylko fragmencik na zachętę:

***

„Belize, przez starą Holandię do nowej Jamajki”

Anna Alboth

– Aarait Bro?! All right, brother? – tuż po przekroczeniu granicy. – Hey Sweeeeety… – na każdym rogu.

Pirat, jak z hollywoodzkiego filmu, skrzyżowany ze zblazowanym rastafarianem prosto z Jamajki. Czarne dziewczyny kręcące wielkimi pupami, które mają na sobie mniej ubrań niż makijażu. I jeszcze mała dziewczynka, niczym z „Domku na prerii”, która zamiast się uśmiechać, spuszcza poważne oczka i chowa się za wozem o drewnianych kołach. To właśnie jest Belize – państwo wielkości Lublina, wciśnięte między Gwatemalę i Morze Karaibskie. Soczysty kulturowy shake.

Belize to jednak shake wstrząśnięty, a nie zmieszany. W każdej kolejnej wiosce żyją tu obok siebie grupy, których nie łączy chyba nic poza tym, ze są Belizeńczykami. No i może jeszcze przekonaniem, że żyć obok siebie jest całkiem OK, ale za żonę brać tylko swoją.

Wjechałam do Belize od strony Gwatemali po kilku miesiącach podróży przez Amerykę Środkową. Pierwszą w nowym kraju spotkałam Bellę. Miała osiem lat, dredy i złapała mnie za zegarek: – Weh taim yu gat? – jest pytaniem o godzinę, po kreolsku, w najbardziej ekspresywnym języku, jaki w życiu słyszałam. W języku zasiedziałych potomków kolonizatorów, zmieszanym z mową rodzimych mieszkańców oraz niewolników, których korzenie sięgają hen daleko. W języku, który dopiero w 1994 roku został na poważnie spisany i wciśnięty w ramy i reguły gramatyczne.

(…)

Ale Mike, z dredami do pasa, nie lubi tańczyć. I nie lubi Belize. Ale najbardziej nie lubi Belize City. – Musisz mi obiecać, że tam nie pojedziesz – mówi, przełykając maniok i rybę, polaną mlekiem kokosowym.

Jasne, że jadę. Długą i prostą Autostradą Kolibrów (Hummingbird Highway), z drzewami cytrusowymi po prawej i lewej. Aldous Huxley nazwał Belize City, historyczną stolicę kraju, najczarniejszą dziurą Ameryki Środkowej. Rzeczywiście, trochę tam strasznie, szczególnie gdy krąży się po małych uliczkach. Grupki mężczyzn rozglądają się nerwowo, uśmiechają się tylko taksówkarze. Tak już mam, że szukam wrażeń. Ale mam też wypróbowany sposób: jeśli ktoś już z daleka wywołuje u mnie niepokój… podchodzę i pytam o godzinę. Nie wiem, czy biorę ich na zaskoczenie, ale jeszcze nikt mi nigdy krzywdy nie zrobił.

– A wiesz, że jak kręcili tu „Jądro ciemności”, to każdy z ekipy filmowej został napadnięty? – wesoło wita mnie skośnooki Quan, który, jak setki innych Chińczyków w Belize, ma niedaleko swój całkiem spory supermarkecik. Quan pewnie podpisywałby się Kwan, gdyby jego pra pra pradziadkowie nie wsiedli w 1865 roku na statek „The light of the ages”, żeby przyjechać na czasowy kontrakt do pracy przy mahoniu. Oprócz nich na statku było 480 osób z różnych zakątków Chin. To dlatego w rodzinnych supermarketach w całym kraju, mówi się jeszcze dziś czterema różnymi dialektami chińskiego. Tak jakby mało jeszcze było tych języków…

(…)

Kiedy budzę się w wiosce Blue Creek, pierwsze co widzę, to nie tylko niebieściutka rzeka, ale dziesiątki kobiet na jej brzegu. Rzeka to ogromna pralnia, wanna i wspólny zlew, więc życie tutaj wre od pierwszych promieni słońca. María, Teresa i Guadalupe piorą na kamieniach ubrania swoich mężów, rodziców, dzieci i wnuków.

– Ja już sama nie pamiętam ile mam lat i ilu mam wnuków – mówi mi któregoś dnia Guadalupe. Bo te ranki nad rzeką to też czas na rozmowy. – A ty masz dwójkę? – pytają. I chcą wiedzieć dlaczego tylko dwójkę. Ale chcą też wiedzieć, jak to zrobić, żeby mieć tylko dwójkę. No i jak ja mam w tym buszu, stojąc po kolana w wodzie, wytłumaczyć działanie hormonów? Wyciągam pigułki, kobiety zbiegają się wokół jak małe dziewczynki na szkolnej przerwie. – Mogę jedną? –A ja? – A ja?
Dzięki temu wchodzimy na inny poziom rozmów. Już rozumiem, że kiedy kobieta mówi, że jej mąż jest zazdrosny, znaczy to nic innego, niż to, że ją bije. I że tu każdy mąż któregoś dnia jest zazdrosny.

(…)

magazyn Kontynenty, 1/2013

(widzicie, kto zamyka pierwszy rządek autorów na górze strony? a kto otwiera? (: )

kontynenty_okl

  zdjęcie zrobione telefonem  Nokia 808 PureView

 

 


Nasza książka już do kupienia!

Stało się! Wydaliśmy książkę: "Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej".
Zobacz, poczytaj, może zamów tutaj »

Post a Comment

Your email is kept private. Required fields are marked *