Chikungunya: trochę padłam | Rodzina bez granic


Rodzina Bez Granic

 podróżującarodzina

Tonga

Likes

Chikungunya: trochę padłam

Chikungunya in Tonga (South Pacific)

Zwaliło mnie z nóg na 2 tygodnie. Żadnej mamy, żadnej żony, żadnych wywiadów. Tylko łóżko, bezsenne noce i tysiące myśli.

Co złego może się zdarzyć w podróży, a nie może (albo bardzo wyjątkowo może!) w domu? Jest jedna taka rzecz: tropikalny wirus. Mówi się, że prawdziwego podróżnika nie ominie dengue czy malaria… No to nie jestem jeszcze do końca prawdziwa, ale prawie. Bo złapałam… chikungunyę. Brzmi zabawnie? Wcale nie jest.

Choruje cała północna część wysp i wysepek Tonga: grupa Vavau. Epidemia szaleje też w innych krajach na Pacyfiku, na Karaibach i zaczyna się… w Stanach.

Chikungunya to infekcja przenoszona przez komary, czyli tak samo jak dengue (komary: Aedes aegypti i Aedes albopictus). Powoduje bardzo wysoką gorączkę, ekstremalne bóle mięśni i stawów, bóle głowy, zmiany na skórze, bezsenność i największe możliwe osłabienie. Wszystkie te objawy mogą pojawiać się jeden po drugim, albo naraz. Gorączka i osłabienie trwają około 2 tygodni, ale bóle stawów w większości przypadków – nawet do 2 lat. Co najsmutniejsze chyba, ten wirus stworzony został przez Amerykanów, jako broń biologiczna przeciwko Kubie. Nazwa powstała w którymś z afrykańskich języków (bo wirus przetoczył się przez pół świata) i oznacza: „ta, która podkurcza” (przy tych bólach stawów nie da się chodzić). 

W moim przypadku wszystko zaczęło się od małych kropek na skórze. Nasi przyjaciele z Tonga od razu byli pewni: to chikun! Nam chwilę zajęło, żeby dotrzeć do internetu i poczytać więcej. Po paru dniach nadeszła gorączka. Po tygodniu, kiedy już myślałam, że będzie dobrze – zmieniliśmy miejsce obozowiska na inną wyspę. I wtedy zaczęło się na dobre: mdlałam, traciłam przytomność, było naprawdę niefajnie. I co się stało w najtrudniejszym momencie? Spotkaliśmy anioła! Włocha Pepe, który żyje w Tonga od kilkunastu lat. Zaprosił nas do swojego domu, oddał mi swoje łóżko, szykował dla nas niezwykłe jedzenie, jego dzieciaki bawiły się z naszymi całymi dniami, a Tom miał świetnego kompana do rozmów. Na serio, mamy szczęście jak nie wiem!

Chikungunya była, jak na razie!, najczarniejszym punktem naszej podróży. Ale koniec końców nie było wcale źle: zyskaliśmy prawdziwego przyjaciela, kilka ładnych kilo (kuchnia Pepe!!), odpoczęliśmy trochę i dowiedzieliśmy nawet więcej o ludziach i miejscach w okolicy (dzięki temu, że musieliśmy zwolnić).

Ale wciąż – nikomu nie życzę śmiesznie-brzmiącej chikungunyi! Nic się nie da z tym zrobić, nie ma żadnej szczepionki ani lekarstw. Można odrobinę zmniejszyć objawy: smarować maścią czy brać coś na zbicie gorączki, ale to niewiele pomaga. Nic fajnego, ale przynajmniej bardzo, bardzo niewiele ludzi na chikungunyę umiera. No i na szczęście mam Toma, który poza tym, że w codziennym życiu jest niezwykły, to w sytuacjach kryzysowych jest niezwykle niezwykły. No i mam Hanię, która smarowała moje nogi maścią, i Milkę, która dzieliła się ze mną swoim sokiem z mango. 


Nasza książka już do kupienia!

Stało się! Wydaliśmy książkę: "Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej".
Zobacz, poczytaj, może zamów tutaj »

2 Comments

  • moni ka
    Posted wrzesień 3, 2014 at 17:04 | Permalink

    Urocze zakończenie! Oby już nigdy tak strasznie :)

    Reply
  • Natalia Boettcher
    Posted wrzesień 4, 2014 at 08:40 | Permalink

    Rany, poryczałam się. Aniu, to wielkie szczęście że masz obok siebie tak wspaniałą rodzinę. A czy dziewczyny też mogło to dopaść? Biedna Ana.

    Reply

Post a Comment

Your email is kept private. Required fields are marked *