Rodzina Bez Granic

 podróżującarodzina

myślę

Likes

Podróżować w ciąży!

Budapest (Hungary): 5th month pregnant with Hanna; Photo: Thomas Alboth

Niedawno opowiedziałam Wam smutne historie naszych wcześniaków. Biłam się wtedy z myślami (jak każda, każdusieńka mama, która znalazła się w takiej sytuacji): czy przypadkiem nie przesadzałam w czasie całej ciąży, czy nie byłam zbyt aktywna: za dużo sportu, za dużo podróży. Ale wszyscy lekarze powtarzali do znudzenia: jeśli ciąża nie jest zagrożona, można wszystko. Wszystko. A wszystko to przecież podróże!

Hania, będąc z moich brzuchu, poza Polską i Niemcami, odwiedziła Litwę, Łotwę, Serbię, Macedonię, Kosowo i Węgry.

Mila, będąc z moich brzuchu, poza Polską i Niemcami, odwiedziła Ukrainę, Rosję, Gruzję, Armenię, Azerbejdżan, Turcję, Bułgarię i Serbię.

Pierwsze USG Mili zrobiliśmy w Tbilisi, zaraz po tym, jak szczęśliwie okazało się, że jestem w ciąży. W fajnym szpitalu, u sympatycznego doktora, mówiącego po angielsku. USG wysłaliśmy mailem mojego ginekologowi w Berlinie i przez całą podróż byliśmy z nim kontakcie. Drugie USG i wszystkie badania – robiłam w Erywaniu, przy pomocy przyjaciół mojego taty. Trzecie zdjęcie mamy po turecku: z Ankary. Chłopak mojej kumpeli, u której się zatrzymaliśmy, jest ginekologiem w szpitalu i przyjął nas późnym wieczorem, kiedy miał wolną chwilę.

Tbilisi (Georgia): First meeting with Mila - 2 months old; Photo: Alboth
Tbilisi (Georgia): First meeting with Mila – 2 months old; Photo: Alboth

Choć brzuch był mały i dla obcych w sumie niewidoczny, przećwiczyliśmy wszystkie związane z ciążą „atrakcje”: siusianie po kilka razy w ciągu jednej nocy (śpiąc w aucie), zachcianki jedzeniowe (tak płakałam w Azerbejdżanie, że tęsknię za pomidorową mojej mamy, że kiedy tata przyleciał odwiedzić nas w Armenii – przywiózł gar zupy, którą podgrzewałam na kuchence turystycznej w luksusowym hotelu, bo nie mogłam doczekać się rana), huśtawki humoru (oj zapytajcie Toma :) i zawroty głowy i nudności (te z krętych, wietrznych dróg Górskiego Karabachu pamiętam najbardziej – zatrzymywaliśmy się, co parę minut, podziwiać widoki, nazwijmy to). Czasem nie było łatwo, ale gdyby było gorzej niż lepiej – to przecież byśmy wrócili.

Tak naprawdę tylko jedna rzecz momentami męczyła mnie w czasie ciąży w drodze (co było dla mnie cholernie nowe, bo nigdy wcześniej tak nie miałam): poznawanie nowych ludzi! Czasami, w czasie jednej i drugiej ciąży, nachodziła mnie ta potrzeba zwolnienia tempa i budowania gniazda. Leżenia tylko we dwójkę na kocu, patrzenia w gwiazdy i wymyślania imienia dla dziecka. Nieważne w jakim kraju, czy przy jakiej temperaturze, ważne, żeby sami. No a podróż bez poznawania ludzi, to trochę jak nie podróż. Taki mały paradoks.

Za to nigdy nie były mi straszne długie przeloty czy przejazdy, czy to pociągiem czy autobusem. Może jestem mało wymagająca, albo bardzo tolerancyjna, albo mam szczęście do ludzi, bo zawsze wystarczyło powiedzieć (jeśli czegoś mi było trzeba: pomocy czy przerwy) i znajdywał się ktoś do pomocy. Przyniesienia picia, przeniesienia bagażu, załatwienia jakiejś sprawy. Zresztą tak w ciąży, jak i później z jednym dzieckiem czy z dwójką. Mam wrażenie, że zawsze fajne rzeczy wracają do ludzi, a przecież ja zawsze też chętnie ludziom wokół pomagam.

Wkurzają mnie więc te teksty o tym, że „niby ciąża to nie choroba, ale…” (ostatnio np. na fajnym blogu fajnej podróżującej pary). Bo (jeśli ciężarna chora nie jest) to przecież wszystko zależy od podejścia. Albo ciężarna traktuje siebie jak chorą, albo nie. Ciąża to oczywiście też fajna wymówka do różnych rzeczy, wiemy to wszystkie my, które w ciąży byłyśmy. Ale nie wciskajmy ludziom historii o tym, czego to się nie da. Bo to trochę jak z tym podróżowaniem z dziećmi. Jeśli ci, co podróżują, będą opowiadać o tym, jaka to niby jazda bez trzymanki – to znów ktoś nas będzie na piedestał wynosił i mówił, jacy to my dzielni jesteśmy. A nie jesteśmy. Naprawdę nie.

Pristina (Kosovo): 5th month pregnant with Hanna; Photo: Thomas Alboth
Pristina (Kosovo): 5th month pregnant with Hanna; Photo: Thomas Alboth
This post you can also find in English

Nasza książka już do kupienia!

Stało się! Wydaliśmy książkę: "Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej".
Zobacz, poczytaj, może zamów tutaj »

12 Comments

  • Joanna
    Posted November 17, 2013 at 21:21 | Permalink

    Piękne zdjęcia i cudowne wspomnienia :) A brzusio taki malutki jak na 5 miesiąc ciąży! :)

    Reply
  • Gosia
    Posted November 18, 2013 at 12:17 | Permalink

    Bardzo pocieszające takie wpisy : ) Czuję się, jakbym samą siebie czytała, z tym że to jest jeszcze lepsze, bo od kogoś, kto sam to wszystko przeżył (dwa razy!). Jeszcze nie mam dzieci, więc dla większości ludzi nie mam prawa się wypowiadać, ale zawsze sobie myślę i marzę, że chciałabym nie pozwolić samej sobie ograniczyć się przez ciążę czy dzieci. Z każdym Waszym (czy Twoim w tym przypadku, Aniu) wpisem czuję, że faktycznie się da i że teksty znajomych z dziećmi właśnie w takim stylu, jak wspominasz (“będziesz miała dzieci, to zobaczysz” ; )) to nie kolejna “święta prawda”, tylko przejaw zwyczajnie konkretnego, zupełnie nie uniwersalnego nastawienia (na szczęście). A tymczasem, życzę Wam dużo szczęścia i miłości! Obyśmy Was kiedyś spotkali, np. na jakimś podróżniczym szlaku!

    Reply
  • Posted November 18, 2013 at 12:23 | Permalink

    Oglądałam kiedyś o Was krótką informację w TV. Taka jedna z wielu w faktach czy wiadomościach, ale ta wyróżniała się optymizmem na tle całej szarej reszty. Idea spodobała mi się w 100%. Oczywiście, zamierzałam odszukać Waszego bloga, ale w plątaninie codzienności gdzieś mi ta myśl się zapodziała. Dzisiaj trafiłam tutaj przypadkowo i muszę przyznać, że z chęcią będę śledzić dalsze wyprawy i przygody :)
    Mam pytanie, które mnie intryguje i nie mogę go nie zadać. Teraz dzieciaczki są małe i nie chodzą do szkoły, ale za kilka lat rozpoczną edukacje, jak wyobrażacie sobie wtedy podróże? Tylko na wakacje? Czy jest jakiś pomysł jak rozwiązać tego typu “problem”?
    Czy ogranicza Was praca zawodowa, czy jesteście zupełnie “wolnymi strzelcami”?

    Pozdrawiam serdecznie :)

    Reply
  • Posted November 18, 2013 at 12:48 | Permalink

    Od nas tylko dodam, że w ciąży też da się przemieszczać na rowerze. Oczywiście zależy od ciąży, ale nie ma przeciwwskazań, bo to nie choroba. Choć niestety w Polsce lekarze mają inne zdanie na ten temat, w odróżnieniu od ich kolegów z innych krajów:)

    Reply
    • Posted November 18, 2013 at 15:09 | Permalink

      Rowerem, jak najbardziej, jestem fanka, ale chyba nie w Polsce. Jesli pomysle o wszystkich tych warszawskich kraweznikach i koniecznych na nich podskokach, to nie wiem czy to dla ciazy jest to optymalne… Ja mieszkam w Kopenhadze i rowerem jezdzilam do konca ciazy, po 15 km dziennie, teraz w drugiej ciazy tez jezdze, i to z duzym obciazeniem w postaci mojego czterolatka i roweru cargo. Ale kraweznikowy podskok zdaza mi sie tu moze 2 razy w roku…

      Reply
      • Aga S
        Posted November 18, 2013 at 16:11 | Permalink

        Moja lekarka w PL nie widziała przeciwskazań ;) Rowerem jeździłam do połowy 5-tego m-ca, czyli do tydzień temu. Jeździłabym pewnie dalej, bo zupełnie to w niczym nie koliduje, ale zimno i przede wszystkim krakowski smog mnie zniecheciły. Co do kraweznikow, to niestety na mojej trasie do pracy trzeba było kilka razy zsiadać z roweru, żeby za bardzo sie nie wytłuć.
        A poza tym żyję normalnie – chodze do pracy (jestem jedyna “ciazowa” w pracy, ktora nie jest na L4, podrózuje kiedy mamy ochote (z dalszych wyjazdów do Wegry, polskie morze i Podlasie, blizszych do 200 km to nawet nie licze ;).
        Faktycznie początkowo miałam obawy, bo to pierwsza ciąża, ale już się przyzwyczaiłam do odmiennego stanu i jest ok ;) Wg mnie wszystko zależy od podejścia, grunt to sie za bardzo nie nakręcać, że jest się w ciąży czy ma się dzieci i co to będzie, tylko pozwolić życiu biec swoim rytmem.
        Oczywiście są ciąże zagrożone, kiedy trzeba leżeć plackiem i nie ma wyjścia. Ale wydaje mi się, że to w bardzo małym stopniu wynika ze stylu życia, raczej z uwarunkowań genetycznych czy budowy.

        Reply
        • Posted November 19, 2013 at 08:48 | Permalink

          Oj Kopenhaga… rozmarzyłam się, bo w Krakowie to można tylko pomarzyć o takich rozwiązaniach rowerowych. Ja przez pierwsze trzy miesiące ciąży byłam na Islandii, więc też troszkę inny standard rowerowy i śmigałam cały czas, choć początki miałam trudne, bo schudłam 7 kg (przy moich 48kg normy). Ale wolałam na rowerze, niż na piechotę czy środkami komunikacji:) A teraz moje kolejne swoje pierwsze 3 tyg. życia spędziło ze mną na rowerze, w podróży. Zrobiliśmy razem ponad 1000 km:) Dobry ma start. Teraz powoli zwalniam, szczególnie, że z pracą przeniosłam się do domu, a gdy dojeżdżałam to też komfortowo, bo prawie cały czas bulwarami.
          Bo nie wiem jak Wy, ale ja rowerem po ulicy np. Mogilskiej ogromnie się teraz boję…

          PS. Też trafiłam na lekarza, który nie miał nic przeciwko, ale zdecydowanie częściej spotykałam się z negatywnymi opiniami co do roweru. Wszystko zależy od tego jak się czuje i jak jeździ “ciężarówa”.

          Reply
  • toja
    Posted November 18, 2013 at 20:04 | Permalink

    Jakkolwiek życie zna i takie przypadki, które w podróży zakończyły się tragicznie.
    Także proponuję uszanować także te matki (również podróżniczki), które chcą na te 9 miesięcy zwolnić. Albo takim, którym się nie chce z brzuchem. Albo te, które jednak nad rzyganie w Górnym Karabachu przedkładają rzyganie to własnej toalety. Albo właśnie te, których znajome urodziły nagle i niespodziewanie, gdzieś-niewiadomo gdzie, w drodze, w podróży właśnie, a które (te znajome) w tej chwili już nie podróżują, a ich świat sprowadza się do walki o każdy dzień życia dziecka, do podróży od gabinetu do gabinetu.

    Generalnie to bardzo się dziwię, że po tym jak pierwsza córka urodziła się Wam przed czasem, w drugiej ciąży nie zwolniłaś. Uważam, że nie bardzo jest Cię za co podziwiać (przy całym szacunku dla Waszego trybu życia) i zastanawiam się, czy jest to tylko nieodpowiedzialność, lekkomyślność i egoizm, czy po prostu głupota.

    Reply
    • Anna Alboth
      Posted November 19, 2013 at 09:59 | Permalink

      Bardzo szanuję także inne matki (ich decyzje i ich priorytety)! Ja tylko proszę, żeby nie mówić, że się nie da.

      Reply
    • Iwona
      Posted August 26, 2014 at 11:44 | Permalink

      Toja nie oceniaj Anny tak surowo :-) Bardzo możliwe, że nawet gdyby się oszczędzała i zwolniła tempo życia, to jej dzieci i tak urodziłyby się wcześniej.
      Mi się wydaje, że to wcale nie my podejmujemy decyzję, a rządzi brzuch :-) Tak przynajmniej jest ze mną. Zanim zaszłam w ciążę wyobrażałam sobie co to będzie za aktywny, piękny czas, jak się nie dam stereotypom itd. Mój synek ma się urodzić lada chwila i mam nadzieję, że odzyskam wreszcie władzę nad swoim ciałem :-) Jak tylko się we mnie pojawił – pochłonął całą moją energię – spałam, spałam, spałam, a jak nie spałam, to padałam ze zmęczenia. Zaraz potem dołączyły mdłości i trwały do ósmego miesiąca. Pod koniec siódmego zdrętwiały ręce i tak zostały. I to by było tyle na temat moich decyzji i priorytetów :-)
      Jeśli z dzieciaczkiem wydarza się coś złego, to potem każda mama doszukuje się przyczyn praktycznie we wszystkim, a najczęściej i tak nie wiadomo. Z jedną z takich mam się przyjaźnię, więc chyba trochę wiem jak to jest.
      Także moim zdaniem jeśli mama czuje, że się da – to niech spróbuje i ma oczy i uszy otwarte :-) A jeśli czuje, że się nie da – to się nie da i nie ma co zwalczać swojej słabości w tym czasie ;-)

      Reply
    • Marzena
      Posted December 25, 2014 at 18:13 | Permalink

      Jestem właśnie w 16tc, dziś byliśmy z rodziną w Górach Sowich. Jeżdżę na łyżwach i nartach i nie zrobię z siebie inwalidki dlatego, że teraz wszyscy na wszelki wypadek doradzaja leżenie plackiem, bo “a nuż”. Poprzednią ciżę poroniłam w 8tc i to samo stałoby sie gdybym leżała (bo nie leżałam). Zarodek sie nie rozwijał, ja czułam sie słabo i gdybym miałą jakikolwiek wpływ na donoszenie tej ciąży to bez wątpienia bym się poddała leżącemu reżimowi. Ale taki wpływ nie istnieje, a próby wmówienia sobie, że coś stało się z płodem bo kobieta jest aktywna to niedorzeczność. Nie panujemy do końca nad przebiegiem ciąży – jeżeli wszystko jest ok, to nic więcej nie możemy zrobić, a tylko dbać o swoje dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jeśli wolimy aktywność, świeże górskie powietrze i ruch, to powinnyśmy korzystać z tych rzeczy a nie kisić sie w domu.

      Reply
  • Posted November 19, 2013 at 09:48 | Permalink

    Znam kobitki co na rowerze jeżdżą powyżej 7 miesiąca :D

    Reply

Post a Comment

Your email is kept private. Required fields are marked *