Rodzina Bez Granic

 podróżującarodzina

Podróżnicze porady: z dzieckiem

Likes

Loty i lotniska prowadzą do Tajlandii

Czekamy na nasz samolot.

Uwielbiamy długie godziny w samolotach. I na lotniskach. Serio. A co dopiero, jeśli taki lot zabiera nas w tak inny świat niż jesienny Berlin, jak Tajlandia!
Wszystko wyszło trochę na spontanie. Od ponad roku nigdzie podróżniczo nie byliśmy, a Azja też zawsze średnio nas kręciła. Do tego jakiekolwiek wyjazdy czy wyloty musimy zgrabnie wpasowywać w dni wolne od szkoły dziewczynek, co oczywiście nie ułatwia spełniania podróżnicznych marzeń.
Ale oto pojawiło się światełko w tunelu szarych i zimnych ferii jesiennych!

W ramach kampanii „Podróże Marzeń z KLM”, koordynowanej przez Grupę Bloceania, dostaliśmy możliwość wylotu do Tajlandii! Czy polecimy na drugi koniec świata? 17 godzin? Bez większego przygotowania? No pewnie! Szczególnie, że niebieskie linie lotnicze KLM – i tu nie ma żadnej reklamy – to nasze ulubione linie. Fajne kredki, uśmiechnięci piloci i smaczne posiłki.

Na nasze uwielbienie latania składa się pewnie kilka faktów. Po pierwsze: jesteśmy do latania przyzwyczajeni. Nasze dziewczyny też. Zaczęły latać, jak miały kilka miesięcy i parę lat temu przestaliśmy liczyć, który raz jesteśmy w samolocie. Po drugie: lubimy spędzać ze sobą czas. A po trzecie: w niektórych samolotach i na niektórych lotniskach jest po prostu hiper ciekawie.
Tym razem lecimy do Tajlandii. Najpierw Berlin-Amsterdam, a potem 11 godzin Amsterdam-Bangkok. Z – na szczęście:) – dłuuugą przesiadką.


Gdybym miała wybierać jedno lotnisko, na którym miałabym zostać godzinami, bo lot się opóźnia (a w swoim życiu już kilka widziałam:), bez wątpienia byłoby to Amsterdam Schiphol. Czego tam nie ma!
Jest małe muzeum, jest pianino, z którego można korzystać, są dwa spa z masażami, jest interaktywna mapa (zrobiliśmy zbliżenie najpierw domu babci w Warszawie, a potem ulicy, na której mieszka couchsurfer, u którego mieliśmy się zatrzymać w Bangkoku!), stylowa biblioteka z setkami świetnych książek i albumów, pokój do medytacji, taras widokowy, różnorodne i wygodne leżanki, no i place zabaw: ten leśny i ten w wielkim, plastikowym samolocie.
My kompletnie utknęliśmy w mini muzeum techniki. Różne huśtawki i eksperymenty, przedziwne lustra: dziewczyny szalały, a my próbowaliśmy im tłumaczyć fizykę. – Czy pojedziemy kiedyś w podróż na Schiphol? – pytała potem Mila. Niech to będzie najlepszym podsumowaniem.


No a potem jest lot. Są tacy, dla których największą radością długiego lotu jest duży wybór filmów i opcja długiego spania. Dla mnie, trzy główne zajęcia w samolocie (well, i w życiu też:) – to rozmawianie, pisanie i czytanie. Tym razem , podczas lotu Amsterdam-Bangkok, odkryliśmy też rozszerzoną tego wersję: kursy językowe (trenowaliśmy nasz przyszły tajski) i czat między siedzeniami (trenowaliśmy
pisanie).

Może to dość banalne, ale jestem o tym przekonana: czas w drodze, czyli na przykład w samolocie (oczywiście, jeśli nie uciekamy do swojego smartfona) – może być bardzo wartościowym “tu i teraz” czasem z naszą rodziną. A ten czas procentuje: w relacjach, ale też w wiedzy. To, co przeżyliśmy razem – zostaje w nas na zawsze. A jeśli pogadamy wspólnie o tym muzeum techniki na lotnisku, artykule z magazynu czy przeżyciach w kolejnym kraju – w naszych dzieciakach zostanie jeszcze więcej. Mówię Wam, z ośmioletniego doświadczenia:)
Nasz lot do Bangkoku też upłynął owocnie: dziewczyny od początku wiedziały jak panom mnichom na lotnisku mówić „dzień dobry”:).

W Bangkoku na lotnisku czuć różnice kulturowe.
W Bangkoku na lotnisku czuć różnice kulturowe.

No i wylądowaliśmy. W nowym kraju, na nowym kontynencie. Zawsze zaczynamy od couchsurfingu, żeby jak najszybciej poznać prawdziwych ludzi, którzy żyją na prawdziwych ulicach, w prawdziwych mieszkaniach. Tak było i teraz. Bangkok jest przeogromny, a przewija się przez niego najwięcej turystów ze wszystkich miast świata. To niekoniecznie to, czego akurat nam trzeba.
Zaraz po drzemce (w tę stronę jetleg na nas zawsze jakoś mocniej działa), ruszyliśmy na poszukiwania samochodu. Postanowiliśmy tym razem samochód wypożyczyć i śmigać wszystkimi drogami, jakie tylko nam się wymarzą.

Mamy dwa ulubione sposoby przemieszczania się: właśnie autem (i wtedy jesteśmy totalnie niezależni, rozbijamy namiot, gdzie tylko nam się spodoba, mniej mokniemy i mamy ciut więcej siebie nawzajem) i wszystkim, czym popadnie z plecakami na plecach (i wtedy jesteśmy totalnie od wszystkiego zależni: rozkładów autobusów czy dróg, po których ktoś jeździ, więcej się brudzimy, ale jesteśmy skazani na poznawanie wszystkiego i wszystkich bez przerwy). Gdybyśmy mieli więcej czasu na Tajlandię (ah, gdzie te czasy, kiedy byliśmy w drodze pół roku..?) – na bank wybralibyśmy opcję b. Ale że mieliśmy tylko krótkie tygodnie – padło na samochód.

Gdzieś w przerwie na pomelo. (Tajlandia)
Gdzieś w przerwie na pomelo. (Tajlandia)

Bardzo bałam się tej turystycznej twarzy Tajlandii. I wiecie co? Niepotrzebnie! Czasem przez trzy, czasem i przez pięć dni, jeżdżąc naszym autkiem i robiąc przerwy na spacerki po wsiach, nie spotykaliśmy ani jednego człowieka spoza okolicy. Okazuje się, że Tajlandia może być pusta! Trzeba
tylko być, jak my: omijać łukiem wszystkie wymienione w Lonely Planet miejsca i patrząc na mapę, kierować się tam, gdzie podpowiada intuicja:)

Spaliśmy głównie w namiocie. Bardzo lubimy budzić się z widokiem i dostępem do wody, więc często wybieramy miejsca w górach, nad rzekami czy jeziorami. Jeśli zatrzymujemy się w okolicy wsi – zawsze pytamy o zgodę. Po pierwsze: żeby być w porządku wobec ludzi, a po drugie – to świetny wstęp do rozmowy. W ten sposób wylądowaliśmy w Tajlandii na podwórku strażaków, na szkolnym boisku (a potem rano na lekcjach!), na tarasie jakiejś rodziny, która wyjechała, przy pijalni herbaty i w kilku innych, świetnych socjologicznie miejscach.

Sleeping in our tent (Thailand, Camping)
Tak zazwyczaj spaliśmy.

A wiecie czemu Tajlandia to raj dla miłośników podróży, a już na pewno rodzin z dziećmi? Przez cały pobyt mieliśmy totalne poczucie bezpieczeństwa. To jest coś, co ciężko jest opisać. To jest też coś, czego nie mieliśmy ani na bezdrożach Gwatemali, ani na wysepkach Tonga, ani w lasach Madagaskaru. Nie baliśmy się, nie obawialiśmy, nie mieliśmy co do nikogo żadnych wątpliwości. Ani jedna osoba nie spojrzała na nas, ani nasze rzeczy, krzywo. Nikt się o nic nie zezłościł. Nikt nas nie próbował oszukać. Czuliśmy się całkowicie swobodnie: wieczorami, z dziewczynkami czy ze sprzętem fotograficznym.

W ogóle wszystko było łatwe i przyjemne – nie pamiętamy takiej podróży. Na dobrych drogach (nawet w najmniejszych wioseczkach) – nie popsuło nam się auto. Żaden bankomat nie zjadł naszej karty kredytowej. Nikt nie miał problemu z naszym namiotem (choć przez cały pobyt nie widzieliśmy nikogo innego z namiotem). Jedzenie było wszędzie, pyszne i tanio. Praktycznie wszędzie mieliśmy zasięg telefoniczny, czyli też internet. Było ciepło, ale nie za gorąco. Nawet komarów nie było za dużo! Momentami mieliśmy nawet poczucie, że ta podróż jest aż za łatwa, za mało w niej niespodzianek czy wyzwań. Znacie takie uczucie?

Ale jednak na brak niespodzianek nie mogliśmy narzekać. Zaskoczyła na bardzo pozytywnie różnorodność kulturowa Tajlandii. Wiedzieliśmy oczywiście o najróżniejszych grupach etnicznych, spędziliśmy pół dnia w instytucie badań wysokogórskich plemion w Chiang Mai, ale nie spodziewalibyśmy się, że jak będziemy przemierzać puste, górskie drogi, naprawdę spotkamy ludzi w tradycyjnych strojach, kultywujących swoje zwyczaje. Ileż radości było, kiedy tradycyjną huśtawkę grupy etnicznej Akha, która widzieliśmy na filmie sprzed 10 lat w muzeum – zobaczyliśmy gdzieś na końcu piaszczystej drogi jeden z wsi, obok której rozbiliśmy nasz namiot!

Odwiedziliśmy potem jeszcze trzy inne plemiona i chińskie miasteczka na północy Tajlandii. Co dzień czuliśmy się trochę tak, jakbyśmy byli w innym kraju.

Czego nie widzieliśmy? Świątyń. W Tajlandii jest ich milion, miejsca modlitw (świątynia, pomnik czy symboliczny ołtarzyk) można spotkać, co kilkaset metrów. Ale nas nie interesują budynki, a już na pewno nie puste. Chodziliśmy tam, gdzie ludzie. Wylądowaliśmy więc na przykład na jakiejś mszy w wiosce ludzi Lahu i śpiewaliśmy religijne piosenki po lahowemu (albo jakkolwiek to się po polsku mówi).

Z jednym wyjątkiem! Do ruin miasta Sukothai (czyli jednego z takich miejsc, które „każdy turysta zobaczyć powinien“) przyjechaliśmy po południu. Chcieliśmy przy kasie zapytać o jedną rzecz: o obchody festiwalu światła (wiedzieliśmy, że tam będzie ktoś mówił po angielsku i podpowie nam, gdzie na północy Tajlandii będzie to święto obchodzone najpiękniej). Dojeżdżając do Sukothai już wiedzieliśmy, że czas jest wyjątkowy. Wszędzie w okolicy są powodzie i ludzie, jeśli tylko mogą, nie przemieszczają się między miastami. A do tego… był to dzień przed pogrzebem króla. Czyli jeden z bardzo ważnych dni w tym kraju. Kiedy doda się powódź do króla, i nas przy wejściu do jednego z najbardziej turysycznych miejsc w tym kraju, kiedy rozejrzy się wokół i zobaczy pustkę, i usłyszy ciszę, to to jest taki moment, kiedy Anna i Tom patrzą na siebie i postanawiają popularne ruiny jednak odwiedzić. Za niedługo miało zajść słońce, a ruiny małe nie są, więc zaraz przy kasie wypożyczyliśmy rowery i wjechaliśmy na teren zabytkowy… praktycznie sami. Jeździliśmy, chodziliśmy, mogliśmy nacieszyć się ciszą i przestrzenią. Może nie jest to na miejscu, ale polecamy Sukothai w przeddzień pogrzebu i w czasie jesiennych powodzi:)

W ogóle mieliśmy szczęście do miejsc i momentów: do ciepłych, czystych jeziorek, kiedy robiło się w samochodzie gorąco, albo do cudnych basenów, kiedy Hania, nasza mała podróżniczka (uwaga, to nowość!) zażyczyła sobie nocować wreszcie w hotelu z basenem.

Nasza podróżniczka Hania zażyczyła sobie hotel z basenem. (Tajlandia, Thaton, Old Tree House)
Nasza podróżniczka Hania zażyczyła sobie hotel z basenem. (Tajlandia, Thaton, Old Tree House)

No ale tak trochę jest, że happy goes lucky, nie? Że jak się człowiek ucieszy z takiego jeziora, czy soczystych owoców, czy miłego spotkania przy polu ryżowym – to jakoś od razu łatwiej i przyjemniej, i oczekiwań do świata wcale nie trzeba mieć ogromnych.

I wtedy dzieją się rzeczy, których człowiek już nie spodziewał się doświadczyć. Ostatniego dnia, kiedy już mieliśmy jechać na lotnisko, żeby wsiadać w kolejny niebieski samolot, kiedy jeszcze chcieliśmy się przejść nad jakimś jeziorkiem, spotkaliśmy to cudo, które obgryza Hani włosy. Maleńką, młodziutką małpeczkę. Nie muszę Wam mówić, że przez całą Tajlandię marzeniem Hani było spotkać… małą małpkę. Marzeniem Mili był festiwal świateł i lampiony, o których na bank opowiemy Wam więcej w kolejnym wpisie!

A jak wyglądała droga powrotna do domu? Spełniło się jeszcze kolejne marzenie. Pan pilot zaprosił dziewczynki do kabiny i mogły wciskać wszystkie guziki! (mówiłam Wam, że obsługa w KLM jest ekstra?:).

A z wyjazdu mamy trzy wnioski: Nie taka Tajlandia pełniutka, jak ją malują! Warto, kiedy jest zimno, wyskoczyć gdzieś, gdzie jest ciepło, bo to dobrze robi na zmęczone głowy! Nie ma co planować, w Tajlandii samo wszystko wychodzi:)

(a ciąg dalszy wpisów i zdjęć nastąpi!)


Nasza książka już do kupienia!

Stało się! Wydaliśmy książkę: "Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej".
Zobacz, poczytaj, może zamów tutaj »